3 lipca 2013

02. Bez ciebie jak bez uśmiechu; niebo pochmurnieje, słońce wstaje tak wolno, przeciera oczy zaspanymi dłońmi dzień


Wszedł wolno do szpitalnej sali, porażony otrzymanymi wiadomościami. Rozglądał się nerwowo, szukając jednej, jedynej osoby. Leżała zupełnie wyciszona, na samym końcu pomalowanego na szaro pokoju, nieopodal okna, okryta białą pościelą, bezwładna, podłączona do wielu kabelków i rurek, niczym marionetka w teatrze, kontrolujących jej stan. Był roztrzęsiony, usilnie się zastanawiał, jak to było możliwe, żeby ona uległa wypadkowi. Zawsze w głębi duszy wiedział, że wszystko może się zdarzyć, a los może zechcieć ich rozłączyć, jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że coś może się im stać. Zazwyczaj nawet zagorzali pesymiści nie zakładają najgorszego, nadzieja jest potężną siłą. Przyglądał się jej uważnie – spokojna twarz, tak typowa dla śpiącej osoby, zaczątek uśmiechu błąkający się w kącikach ust, kaskady włosów ułożone w nieładzie na poduszce, bandaż owinięty wokół jej małej główki. Była spokojna, jakby zmożona wielkim wysiłkiem, w końcu ułożyła się w łóżku i udała się do krainy Morfeusza po zasłużony odpoczynek. Piotr nie rozumiał tego letargu, gdyż wiedział, jak wyglądają nerwowe noce Ani, gdy każdy najmniejszy szmer jest w stanie ją zbudzić.

W odpowiedzi na wszelkie pytania, przyszły wyjaśnienia lekarza. Anna straciła przytomność za kierownicą, jest w śpiączce, powinna wybudzić się za kilka dni. Słowa lekarza nikły gdzieś w oddali. Nie mógł się opanować, uciekał, patrząc przed siebie nic nie widzącym wzrokiem, szedł długim szpitalnym korytarzem, wpadając na innych ludzi, lecz nie rozróżniając ich twarzy, nie słysząc ich skarg, przestrzeń wokół traciła ostrość, zamazywała się. Chciał jak najszybciej się stad wydostać, wrócić do domu, zobaczyć jej uśmiech, przytulić jej drobne ciało, napić się razem herbaty. Zimny pot zrosił jego czoło, a w piersi uwiązł niemy krzyk, palący swoją mocą i przeszywającym bólem. Usiadł na stopniu i załamał ręce, kuląc się w sobie i z trudem oddychając.



… dlaczego właśnie ona?



Wieczorny wiatr igrał w jego włosach, strach i niepewność gościły w szafirowych tęczówkach, chłód otulał przygarbioną postać. Tylko jedna pielęgniarka, która przycupnęła nieopodal, żeby zapalić, spytała o jego samopoczucie. Wypowiedział kilka zdawkowych słów, otrzepał się z odrętwienia i podążył do ukochanej. Błądził, jakby był tutaj po raz pierwszy. Szok wymazał z jego pamięci szczegóły, pokrzyżował na nowo korytarze, plącząc te, zdające się nie kończyć, oświetlone tunele, przepełnione ułomnościami ludzkimi i słabością.

Przysiadł przy jej łóżku na wątłym krześle, walcząc z mieszanymi uczuciami. Wyglądała tak samo, nic się nie zmieniło, nawet się nie poruszyła, zastygła w trwaniu gdzieś pomiędzy wyobrażeniem a jawą. Poświata księżyca bawiła się z paletą cieni na jej nieobecnej twarzy. Nie miał odwagi wypowiedzieć najprostszego słowa. Koniuszkami palców poprawił, leżący na mlecznobiałym czole, niesforny kosmyk, zakładając go za ucho szatynki. Targały nim wyrzuty sumienia, strzępiąc drobne nitki jego duszy. Przecież obiecał, że się nią zaopiekuje, że z nim nie spotka jej żadna krzywda, że u jego boku będzie czuła się bezpiecznie. Gładził jej delikatną dłoń, zostawiając na niej ślady słonych kropli, świadków ich tragedii. Przejął go płacz dogłębny, którego nie można określić jedynie łzawieniem, niemal się dusił w spazmatycznych próbach nabrania powietrza, przełknięcia śliny. Bał się, że gdy tylko odwróci się plecami do łóżka, Anna zniknie, zabierając bezpowrotnie wszystkie wspomnienia, radość, świadomość bycia kochanym. Wszelki racjonalizm i przynależność do rzeczywistości zastąpiły irracjonalne przeczucia, zabarwione szarością rozpaczy.



Żeby serce - sercem, a nie raną.* 



Firmament nieba opuścił księżyc, zza horyzontu wyłoniło się słońce. Nieprzerwany rytm przemijania. Siedział zanurzony w goryczy półsnu, niczym towarzysz nie dopuszczony do poznania całej historii. Jego usta cichutko, niemal niesłyszalnie, wyszeptywały słowa przeprosin, na które nikt zdawał się nie zwracać uwagi. Nieustannie doglądał jej odpoczynku, sprawdzając, czy biała powierzchnia materiału unosi się stale w takt słodkiego oddechu.



Ile to wszystko trwało?

Straciłem zupełnie poczucie czasu. Później dowiedziałem się, że trwałem tam pięćdziesiąt dwie godziny. Oszołomiony, w paraliżu woli, jakby poza samym sobą.


*


Z trudem otworzył drzwi pustego mieszkania, gdyż kluczyk nieustannie ześlizgiwał się z powierzchni zamka, prowadzony przez niekontrolowanie trzęsącą się rękę. Po raz pierwszy od kilku lat poczuł się samotnie, nie miał komu opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, nie mógł poczuć tego najcudowniejszego ciepła, rozniecanego przez bliskość najdroższej osoby. Świat był taki przerażający, chciał mu wydrzeć jego szczęście, już na zawsze. Był wykończony, położył się na łóżku, które ani na chwile nie przestało pachnieć zapachem Ani. Przytulił do twarzy jej poduszkę, przesiąkniętą wonią waniliowego szamponu. Leżał sam w miejscu, gdzie powinny wypoczywać dwa ciała. Myśli mknęły w nieznane. Starał się zrozumieć, dlaczego to spotkało właśnie ich. Dlaczego? Był dorosłym mężczyzną i nadal używał tego lakonicznego, naiwnego pytania. W kryzysowych sytuacjach zdrowy rozsądek gubi się w zakamarkach umysłu, ustępując miejsca cierpieniu i desperacji. Zasnął i spał snem tak głębokim, że nie dostrzegł, jak obok przebiegły kolejne godziny.

Obudziły go popołudniowe promienie słońca, błądzące po jego twarzy. W sypialni rozsiadła się po kątach rozdzierająca cisza, tak obca w tym miejscu, przyprawiając Piotra o jeszcze większe otępienie. Echem niosło się bicie jego zrozpaczonego serca, wyśpiewującego melodię bólu i tęsknoty. Mechanicznie wykonywał wszystkie czynności, w osłupieniu pomijał detale, spiesząc się, by jak najszybciej być już przy żonie, czuwać nad jej powrotem do zdrowia. Chciał być pierwszą osobą, którą zobaczą jej zaspane, zagubione, oliwkowe oczy.


*


Minęły kolejne dni, a serce Piotra napełniało się coraz większą ilością obaw, codzienność straciła dla niego niepowtarzalny smak, od prawie dwóch tygodni uśmiech nie gościł na jego twarzy. Każdego dnia siadał na skraju łóżka śpiącej, opowiadając o wydarzeniach dnia ubiegłego, czytał na głos ulubioną książkę szatynki – „Paryż płonie”, a także skrzętnie sporządzone za marginesach notatki i przemyślenia, opowiadał jej o swoich niepokojach, ale nigdy nie okazywał zwątpienia. Była to jedyna namiastka zadowolenia i uspokojenia w jej towarzystwie, na jaką mógł liczyć Brakowało mu jej śpiewnego głosu, rozpromienionego spojrzenia, pełnego iskierek radości, chłodnych dłoni, zaczerwienionych kolan, nocnych rozmów i snucia w nieskończoność opowieści, delikatnego uścisku papierowych rąk, pocałunków malinowych ust. Czasem tracił wiarę, że uda im się wykaraskać z tego pasywnego stanu. Porzucał na chwilę nadzieję i wpadał w głęboką, nostalgiczną melancholię, rozważając wszelkie możliwości. Śmierć? Tłumaczył sobie wtedy, że wielkie historie nie kończą się dramatycznie jeszcze przed rozwinięciem akcji. Jednakże z najokrutniejszych i najpiękniejszych prawd tego wszystkiego, co trzeba wytrzymać i co zwie się życiem, poznał prawdę, że nigdy nie przestaje się myśleć i tęsknić, pragnąć i łudzić się nadzieją.*



Bałeś się, że stracisz ją na zawsze?

Z przywiązaniem rodzi się poczucie trwałości, stabilizacji. Gdy coś gwałtownie się zmienia, masz wrażenie, że w rzeczywistości wszystko się może zdarzyć, nawet najgorsze. Bardzo się bałem.

Czy słusznie?

To miało dopiero nastąpić, powoli nadwątlać naszą trwałość.


*


Wystarczy zrobić najmniejszy krok, by rozpocząć podróż, bezkresną wędrówkę. Wystarczy jedna myśl, która pociągnie za sobą wodospad innych, rozmaicie ze sobą połączonych, uzupełniających się. Wystarczy choć odrobina nadziei, by serce zaczynało mocniej bić, by na nowo zaistniało w klatce piersiowej. Duchowa nieobecność Ani przedłużała się, modlitwy wyczerpywały, niepokój nie hamował już oddechu, strach stale splątywał spostrzeżenia, a złudzenie otuchy, mimo wszystko, zagościło w jego umyśle. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, do sytuacji przejściowej również.

 – Kochanie, mówię do ciebie tak cicho, jak ty mówisz do mnie – wyszeptał do ucha ukochanej, całując oddechem skórę jej bladego policzka. – Już wystarczy, już wystarczająco długo, obudź się, proszę.



I dalej nic, ciągle musiałeś czekać…

Wszystko jedno czy ma się przed sobą sto lat, rok czy tydzień, zawsze ma się przed sobą wszystko.*Ona jest całym moim szczęściem, całym światem, warto było czekać.



Z czasem szare ściany i specyficzny, szpitalny zapach zaczęły go przytłaczać. Nieobecność ukochanej łamała mu serce, mimo że miał świadomość, że ona nie ma wpływu na porę swojego powrotu. Stąpał niecierpliwie wzdłuż korytarza, parząc sobie palce słabą, ledwie zabarwioną, szpitalną herbatą. Niemal bezsenne noce zabrały mu większość sił. Czas nie był już sprzymierzeńcem, obecnie działał jedynie na niekorzyść, wyszarpując ich cenne minuty przyszłości. Sekundy, godziny, tygodnie zlewały się w jeden bezkresny ciąg. Tak więc czas upada. Nie traktował go już jako archetypu, struktury, którą można podzielić na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, nie traktował go jako wieczystego trwania. Wydawało mu się, że jest teraz i siedzi obok niego i dręczy i podpowiada, że właściwie czasu nie ma. Cierpiąc pozostajemy zupełnie sami. Wokół nas znajduje się wiele osób, które są gotowe, by pocieszyć, podsunąć rady, jednak żadna z nich nie podzieli z nami naszego bólu. Wieczorem, w wypełnionych przenikliwą ciemnością pokojach, pozostajemy zupełnie sami, bez wymyślnych rozwiązań, bez drogi na skróty.



Dopiero późną nocą, przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości.*



Każda myśl mimowolnie uciekała do jej maleńkiej osoby. Zastanawiał się, o czym śni, jak cudowne muszą być projekcje jej teatru umysłu na najwyższym piętrze abstrakcji*– te wyimaginowane światy, malownicze krajobrazy, charakterne postaci. Miała niesamowitą wyobraźnię, otwierającą furtki do wszelkich fantazji. Chciał być tam z nią, obserwować wszystko od środka. Już wszystko zaplanował – odnalazłby ją po śladach na śniegu, które z pewnością jeszcze są świeże i nieprzysypane nową warstwą, po słodkim zapachu perfum, którymi każdego ranka skrapiała dekolt oraz nadgarstki; pocałowałby jej spierzchnięte usta; ująłby kruchą dłoń, wyprowadzając ją z tej bajki, jawiącej się teraz niczym najgorszy koszmar senny.

Niektórzy twierdzą, że milczenie zbliża ludzi bardziej niż najdłuższa rozmowa, jest bardziej wymowne niż setki słów puszczanych w świat z wiatrem. Piotr był już ciszą przerażony, coraz częściej i bardziej; bał się ciszy, której nie był w stanie zrozumieć, tej zupełnie innej niż jego własna, budującej dookoła mury, których z czasem nikt nie będzie w stanie sforsować. Zbyt wiele czasu poświęcił na rozmyślanie – o życiu, śmierci, słabości, chorobie, która niepostrzeżenie zakrada się do bram codzienności, zmieniając ją, niszcząc. Obawiał się milczenia, ciszy, która dzieli serca, niszczy więzi. Czasem w tej ciszy po prostu zbyt wiele słychać.



  O czym milczysz, Aniu?
Przecież jest tyle do wykrzyczenia.


*


Pierwsze promienie słońca rozpaczliwie próbowały znaleźć drogę ku oknom, niezbyt przyjaźnie wyglądającego, budynku. Szczelnie zasłonięte rolety stawiały na ich, już i tak trudnym, odcinku wędrówki kolejną przeszkodę. Jednak nikt nie przejmował się ich losem – miał własne problemy, trudności z którymi musiał się sam uporać. Poza tym, komu przyszłoby na myśl przejmować się zwyczajnymi promieniami światła? Nikt już nie pamiętał o takich rzeczach. Nawet najwięksi marzyciele dawno temu zapomnieli o promieniach. To właśnie tego słonecznego poranka drobna szatynka delikatnie, bezszelestnie otworzyła swoje, długo zmożone snem, oczy. Była oszołomiona, zagubiona, nieświadoma.



Teraz już wszystko miało być dobrze…

Niestety, to był dopiero początek, preludium powolnego odchodzenia.


*


Znalazł ją siedzącą w bezruchu, otuloną jedynie zbyt dużym podkoszulkiem. Bose stopy były bezwładnie ułożone na podłodze, a błękitna plątanina cieniutkich żyłek nad wyraz wyraźna. Splątane kosmyki okalały jej twarz, spływając na wystające obojczyki. Zbyt wystawały. Łzy zaznaczyły trasę swojej wędrówki na papierowo bladych policzkach. Zielone, pozbawione blasku i płomiennej radości, tęczówki zastygły w niemym otępieniu. Była gdzieś daleko. Bała się. I on się bał.  Nie wiedział, co mogło być przyczyną tej stagnacji. Nie wiedział, że od przebudzenia toczyła permanentną bitwę o siebie samą, o niego, o nikłe, ulatujące pozory normalności, o ich wspólną przeszłość. Podniósł ją, sadzając w miękkim posłaniu.

Chaos odebrał jej racjonalne spojrzenie na świat. Schowała się na dnie swojego jestestwa niczym słabe, zalęknione, spłoszone zwierzątko. Nie chciała wyjaśniać, nie chciała na nowo przeżywać ostatniej podmiejskiej podróży. Wodziła wzrokiem za czytającym na głos mężem, nie słysząc słów, lecz odczuwając jego euforię. Są takie spojrzenia, które swoją intensywnością poruszają serca, to było jednym z nich.

– Piotruś? – mruknęła, tuląc w ustach jego imię i poprawiając się na łóżku. – Ile dni mnie nie było?

– Dwadzieścia sześć, lekarze mówili, że możesz się nigdy nie obudzić – odpowiedział, przytulając mocno do siebie Anię. Barwa jego niskiego głosu zmieszała się z brązowymi niteczkami włosów, dosięgając swą wibracją skóry karku. Znów poczuł jej ciepło, uścisk małych piąstek na krańcach koszulki, przyciągających go jeszcze bliżej. Cicho westchnęła, czując przenikliwy ból w klatce piersiowej.

– Już wszystko, co najgorsze za nami, prawda?

– Minęło, obiecuję.



Obiecałem, a ona ślepo uwierzyła…



Tulił ją w swoich ramionach, obsypując pocałunkami jej twarz. Była malutka, bezbronna, tak krucha. Pragnął ją ochronić, ukryć w sobie. Wydawało mu się, że słyszy ciche szlochanie, czuł słoną wilgoć oceanu jej spojrzenia. Miarowo gładził jej nagie, porcelanowe nogi, sprawiając, że jej obawy powoli odchodziły, znikały za horyzontem jego czułości. Wreszcie zaczerpnęła głośno powietrza, mrużąc oczy. Znalazła w nim nadzieję na zmianę, potwierdzenie, którego niezmiernie mocno potrzebowała, że wkrótce opuści szpitalne mury, znajdzie się w ich mieszkaniu, przepełnionym wszędzie śladami miłości.



Obejmij mnie tak mocno, kochanie, że poczujesz łomot łamanych żeber.*



Tej nocy nie zostałem wyproszony, nie musiałem wracać do pustki i samotności. Trzymałem w objęciach miłość mojego życia i wiedziałem, że razem jesteśmy niezniszczalni, możemy osiągnąć wszystko. Pierwszy raz od prawie miesiąca zasnąłem uspokojony, czując, jak jej drobne palce obrysowują kształt moich ust, błądząc po twarzy.




{*tytuł: Halina Poświatowska; *Krzysztof Kamil Baczyński; *Marek Hłasko; *Jerzy Plich; *Małgorzata Hillar; *soup.io}

17 komentarzy:

  1. O, rozdział :) Jutro przeczytam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melancholijnie. Wzruszająco. Piszesz jednak w taki sposób, że to co zdaje się nudne i żmudne, jeśli chodzi o opowiadania, powieści - no, zależy jeszcze dla kogo, ja tam jestem fanką akcji mimo wszystko, nagle nabiera większego znaczenia. Jak przekonałaś mnie do melancholii, to dokonałaś rzeczy wielkiej. I stwierdziłaś rzecz prawdziwą, której nikt nie chce przyznać, albo się boi. Cierpimy w samotności, bo ludzie nie odczują tego co my.

      Usuń
    2. Miło mi, że udało mi się choć odrobinkę przekonać Cię co do melancholii. To zdecydowanie kreacja, w której najlepiej się odnajduję.

      Usuń
  2. Anonimowy2:44 PM

    Uwielbiam spokój, jaki kryje się w Twoich opowiadaniach, wszystko jest tak cudownie rozplanowane, przemyślane, a historia się po prostu toczy. Cieszę się, że mogę być cichym świadkiem ich życia, podglądając ich między wersami.

    Dziękuję za Twoją obecność tutaj. Jesteś jasnym światełkiem w blogowym świecie. / P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w pewnym stopniu perfekcjonistką, wszystko skrzętnie notuję, planuję, jednak to opowiadanie powstało spontanicznie, dopiero później wszystko ułożyło mi się w całość, która nie jest pozbawiona logiki i jakiejkolwiek fabuły.

      Dziękuję za bardzo miłe i pochlebne słowa.

      Usuń
  3. jak sama zauważyłaś, nie ma to niczego wspólnego z poprzednimi publikacjami, ale jestem ciekawa, czy to nie jest po postu jakaś retrospekcja. (;
    postać Piotra (jak oficjalnie, ugh), jest taka romantyczna. widać, że kocha Anie ponad życie i jest jego prawdziwą miłością. to naprawdę piękne... każdy chciałby mieć takiego faceta, niczym książę z bajki.
    współczuję Ani tego wypadku, była zbyt długo w śpiączce. czuję, że wynikną z tego jakieś niefajne komplikacje. albo już są... szkoda mi jej. pewnie będą musieć zmierzyć się z najgorszym albo nie.
    lubię sobie poczytać o takiej melancholii. jest piękna, delikatna i subtelna. jakoś zawsze lubowałam się w takich tworach, chociaż dobrą komedią nie pogardzę, no ale musi być dobra. ^^
    zastanawia mnie to, co ich spotka później, mam wrażenie, że będzie źle. może nawet bardzo. smutne to i tragiczne zarazem, no ale, to Twoje opowiadanie i Ty tu rządzisz (;
    pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to retrospekcja, wszystko dzieje się po sobie, chronologia nie jest niczym zaburzona. Ja uwielbiam taki delikat, melancholię, swojego rodzaju nostalgię, taka się też w środku czuję, takie emocje, nastroje tutaj przelewam.

      Usuń
  4. Kiedy napisałaś, że pewnej nocy narodził się w Twojej głowie nieco inny koncept na to opowiadanie niż ten początkowy, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Tak po prawdzie myślałam, że będzie to nieco bardziej nietypowe – w tym sensie, iż sądziłam, że całkowicie zmienisz formę tego opowiadania, przeskoczysz nagle do przodu tak, że nikt nie będzie w stanie rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. W chwili obecnej – będąc z Tobą całkowicie szczera – jestem zdumiona faktem, że zmieniło się tak niewiele. Bo dla mnie po prostu rozbudowałaś poszczególne fragmenty, wprowadziłaś trochę więcej urywków wywiadu i cytatów. I choć tych zmian jest tak naprawdę niewiele (przynajmniej teraz, na pierwszy rzut oka), to opowiadanie nabrało nieco innego klimatu – dla mnie o wiele ciekawszego. Już po pierwszym zapoznaniu się z tekstem miałam poczucie, że czytam coś naprawdę dobrego. Niby nie dzieje się nic, niby oscylujesz ciągle wokół jednego tematu, a mimo to każde słowo chłonie się w niesamowitym skupieniu, z niecierpliwością i coraz większą chęcią zbliżenia się do bohaterów jeszcze o krok, tak ociupinkę.
    Tak po prawdzie, czytając ten rozdział, czułam się trochę jak nieproszony gość , swego rodzaju intruz – to wszystko było tak intymne, tak dotkliwie prawdziwe. Pewnie pomyślisz, że przesadzam, bo pisałaś o cierpieniu, samotności, smutku, tęsknocie i niepewności – czyli o tym, co wszyscy albo zdecydowana większość – aczkolwiek ja miałam wrażenie, że nie powinnam oglądać Ich (a przede wszystkim Jego) w takim stanie; kiedy są tak niesamowicie bezbronni, prawie nadzy, bez masek, sam na sam ze swoim lękami i demonami. Wzruszyłaś mnie Ty, a przede wszystkim wzruszył mnie On. Jego strach o Nią. To piękne, te kilkadziesiąt zdań mówiących o sile Jego uczucia i kilka scen, tak wiernie oddających to, co zaległo między wersami.
    Nie będę się rozdrabniać i wypisywać każdego detalu, który już w pierwszej sekundzie chwycił mnie za serce, bo jest ich stanowczo zbyt wiele; powiem po prostu, że jak przedtem miałam mały niedosyt Twoich pisarskich umiejętności, tak teraz jestem w pełni zadowolona, wręcz szczęśliwa, że dane mi było rozkoszować i wgłębiać się w coś tak dobrego. Może to głupio zabrzmi, ale widać w tym opowiadaniu mądrość – zauważyłam to wcześniej, widzę to również teraz. Podoba mi się, że niby mimochodem, ot tak, wplatasz refleksje na temat życia, nadziei czy przemijających wartości – nasuwa mi się tylko, że to bardzo do Ciebie podobne, choć nie potrafię nawet wyjaśnić, skąd ten osąd.
    Powiem szczerze, M, boję się tego, co jesteś w stanie wymyślić. Wiem, że nie będzie happy endu, to wiem na pewno. Przeraziło mnie to zdanie, swoją drogą – cudowne w swojej prostocie: „Niestety, to był dopiero początek, preludium powolnego odchodzenia”. Gdy przeczytałam je po raz pierwszy, w głowie pojawiła się myśl: „amnezja, na bank”. Niestety (choć może stety?), szykujesz dla Niej, dla Nich coś innego. Na chwilę obecną nie chcę myśleć, co.
    Jest pięknie, niech pozostanie tak do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo ciekawa, jakiej zmiany się spodziewałaś. Cuda na kiju nie są moją domeną, a raczej spontaniczność i umiejętność wszelakiego zaskakiwania u mnie kuleje. Forma inna, bo struktura nie jest rwana, nie ma przeskoków w czasie, wszystko dzieje się zaraz po sobie, spokojniej.

      A co do gdybania, to masz niejako rację. Nie wyobrażam tutaj sobie szczęśliwego zakończenia, nie przepadam za nimi w opowiadaniach, za to w życiu są zawsze mile widziane, o!

      Usuń
  5. Magiczne, wyjątkowe, melancholijne, cudowne, delikatne, wzruszające, doskonałe, smaczne... Mogłabym mnożyć przymiotniki, które pasują genialnie do Twojego opowiadania. Poruszyłaś moje serce tak lekko, a jednocześnie boleśnie. Powróciły do mnie różnorakie wspomnienia. Tak perfekcyjnie trafiłaś w moją duszę każdym słowem. Jesteś mistrzynią w opisywaniu tego, co ukryte w uczuciach i emocjach. Kocham i uwielbiam! Czytanie takich historii to coś, co jest straszliwym ciosem dla mnie, ale lubię go sobie zadawać za każdym razem coraz mocniej. Wczułam się w sytuację Piotra, w jego dni, noce, pustkę, samotność, a przede wszystkim w jego miłość... Piękne... Nie mam słów, by opisać to, co ze mną zrobiłaś w tym momencie... Dziękuję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłaniam się nisko. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.

      Usuń
  6. To dziwne, że nowa notka nie pojawiła się na liście czytelniczej na Blogerze, ani nie zaktualizowała się w linkach na blogu. Rozdział widmo. Mam nadzieję, że następnym razem się pojawi, bo mogłabym coś przeoczyć.

    Piszesz, że rozdział może wydawać się oderwany, chociaż jak dla mnie był bardziej spójny, niż poprzedni i prolog. Może dlatego oderwany, bo tak różny? Tutaj jest jakiś ciąg, który można swobodnie odczytać, uczucia towarzyszą jakimś konkretnym wydarzeniom, wiemy dlaczego Piotr cierpi, wcześniej było to takie oderwane od rzeczywistości, niby coś się dzieje, ale zupełnie nie potrafiłam odnaleźć punktu odniesienia. Także cieszę się, że uchyliłaś trochę rąbka tajemnicy.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do rozdziału widmo, jak to nazwałaś, to nie mam zielonego pojęcia, czym jest to spowodowane. Blogspot widocznie, idąc za przykładem innych tego typu miejsc, zaczął płatać figle...

      Usuń
  7. Anonimowy12:55 PM

    Cudownie, że wróciłaś! Cudownie, że znowu piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądziłam, że ktoś, prócz mojego bliskiego blogowego otoczenia, że tak się wyrażę, pamięta mnie z tamtych, odległych czasów. To bardzo miłe, dziękuję za obecność.

      Usuń
  8. Bywasz tu jeszcze czasem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywam i rozmyślam nad nimi, nad ich historią, nad kolejnymi lotnymi słowami...

      Usuń