Wszedł
wolno do szpitalnej sali, porażony otrzymanymi wiadomościami. Rozglądał się
nerwowo, szukając jednej, jedynej osoby. Leżała zupełnie wyciszona, na samym
końcu pomalowanego na szaro pokoju, nieopodal okna, okryta białą pościelą,
bezwładna, podłączona do wielu kabelków i rurek, niczym marionetka w teatrze,
kontrolujących jej stan. Był roztrzęsiony, usilnie się zastanawiał, jak to było
możliwe, żeby ona uległa wypadkowi. Zawsze w głębi duszy wiedział, że wszystko
może się zdarzyć, a los może zechcieć ich rozłączyć, jednak nie dopuszczał do
siebie myśli, że coś może się im stać. Zazwyczaj nawet zagorzali pesymiści nie
zakładają najgorszego, nadzieja jest potężną siłą. Przyglądał się jej uważnie –
spokojna twarz, tak typowa dla śpiącej osoby, zaczątek uśmiechu błąkający się w
kącikach ust, kaskady włosów ułożone w nieładzie na poduszce, bandaż owinięty
wokół jej małej główki. Była spokojna, jakby zmożona wielkim wysiłkiem, w końcu
ułożyła się w łóżku i udała się do krainy Morfeusza po zasłużony odpoczynek.
Piotr nie rozumiał tego letargu, gdyż wiedział, jak wyglądają nerwowe noce Ani,
gdy każdy najmniejszy szmer jest w stanie ją zbudzić.
W
odpowiedzi na wszelkie pytania, przyszły wyjaśnienia lekarza. Anna straciła
przytomność za kierownicą, jest w śpiączce, powinna wybudzić się za kilka dni.
Słowa lekarza nikły gdzieś w oddali. Nie mógł się opanować, uciekał, patrząc
przed siebie nic nie widzącym wzrokiem, szedł długim szpitalnym korytarzem,
wpadając na innych ludzi, lecz nie rozróżniając ich twarzy, nie słysząc ich
skarg, przestrzeń wokół traciła ostrość, zamazywała się. Chciał jak najszybciej
się stad wydostać, wrócić do domu, zobaczyć jej uśmiech, przytulić jej drobne
ciało, napić się razem herbaty. Zimny pot zrosił jego czoło, a w piersi uwiązł
niemy krzyk, palący swoją mocą i przeszywającym bólem. Usiadł na stopniu i
załamał ręce, kuląc się w sobie i z trudem oddychając.
… dlaczego właśnie ona?
Wieczorny
wiatr igrał w jego włosach, strach i niepewność gościły w szafirowych tęczówkach,
chłód otulał przygarbioną postać. Tylko jedna pielęgniarka, która przycupnęła
nieopodal, żeby zapalić, spytała o jego samopoczucie. Wypowiedział kilka
zdawkowych słów, otrzepał się z odrętwienia i podążył do ukochanej. Błądził,
jakby był tutaj po raz pierwszy. Szok wymazał z jego pamięci szczegóły,
pokrzyżował na nowo korytarze, plącząc te, zdające się nie kończyć, oświetlone
tunele, przepełnione ułomnościami ludzkimi i słabością.
Przysiadł
przy jej łóżku na wątłym krześle, walcząc z mieszanymi uczuciami. Wyglądała tak
samo, nic się nie zmieniło, nawet się nie poruszyła, zastygła w trwaniu gdzieś
pomiędzy wyobrażeniem a jawą. Poświata księżyca bawiła się z paletą cieni na
jej nieobecnej twarzy. Nie miał odwagi wypowiedzieć najprostszego słowa.
Koniuszkami palców poprawił, leżący na mlecznobiałym czole, niesforny kosmyk,
zakładając go za ucho szatynki. Targały nim wyrzuty sumienia, strzępiąc drobne
nitki jego duszy. Przecież obiecał, że się nią zaopiekuje, że z nim nie spotka jej
żadna krzywda, że u jego boku będzie czuła się bezpiecznie. Gładził jej
delikatną dłoń, zostawiając na niej ślady słonych kropli, świadków ich tragedii.
Przejął go płacz dogłębny, którego nie można określić jedynie łzawieniem,
niemal się dusił w spazmatycznych próbach nabrania powietrza, przełknięcia
śliny. Bał się, że gdy tylko odwróci się plecami do łóżka, Anna zniknie,
zabierając bezpowrotnie wszystkie wspomnienia, radość, świadomość bycia
kochanym. Wszelki racjonalizm i przynależność do rzeczywistości zastąpiły
irracjonalne przeczucia, zabarwione szarością rozpaczy.
Żeby serce - sercem, a
nie raną.*
Firmament
nieba opuścił księżyc, zza horyzontu wyłoniło się słońce. Nieprzerwany rytm
przemijania. Siedział zanurzony w goryczy półsnu, niczym towarzysz nie
dopuszczony do poznania całej historii. Jego usta cichutko, niemal
niesłyszalnie, wyszeptywały słowa przeprosin, na które nikt zdawał się nie zwracać
uwagi. Nieustannie doglądał jej odpoczynku, sprawdzając, czy biała powierzchnia
materiału unosi się stale w takt słodkiego oddechu.
Ile
to wszystko trwało?
Straciłem
zupełnie poczucie czasu. Później dowiedziałem się, że trwałem tam pięćdziesiąt
dwie godziny. Oszołomiony, w paraliżu woli, jakby poza samym sobą.
*
Z
trudem otworzył drzwi pustego mieszkania, gdyż kluczyk nieustannie ześlizgiwał
się z powierzchni zamka, prowadzony przez niekontrolowanie trzęsącą się rękę.
Po raz pierwszy od kilku lat poczuł się samotnie, nie miał komu opowiedzieć o tym,
co się wydarzyło, nie mógł poczuć tego najcudowniejszego ciepła, rozniecanego
przez bliskość najdroższej osoby. Świat był taki przerażający, chciał mu
wydrzeć jego szczęście, już na zawsze. Był wykończony, położył się na łóżku,
które ani na chwile nie przestało pachnieć zapachem Ani. Przytulił do twarzy
jej poduszkę, przesiąkniętą wonią waniliowego szamponu. Leżał sam w miejscu,
gdzie powinny wypoczywać dwa ciała. Myśli mknęły w nieznane. Starał się
zrozumieć, dlaczego to spotkało właśnie ich. Dlaczego? Był dorosłym mężczyzną i
nadal używał tego lakonicznego, naiwnego pytania. W kryzysowych sytuacjach
zdrowy rozsądek gubi się w zakamarkach umysłu, ustępując miejsca cierpieniu i
desperacji. Zasnął i spał snem tak głębokim, że nie dostrzegł, jak obok przebiegły
kolejne godziny.
Obudziły
go popołudniowe promienie słońca, błądzące po jego twarzy. W sypialni rozsiadła
się po kątach rozdzierająca cisza, tak obca w tym miejscu, przyprawiając Piotra
o jeszcze większe otępienie. Echem niosło się bicie jego zrozpaczonego serca,
wyśpiewującego melodię bólu i tęsknoty. Mechanicznie wykonywał wszystkie
czynności, w osłupieniu pomijał detale, spiesząc się, by jak najszybciej być
już przy żonie, czuwać nad jej powrotem do zdrowia. Chciał być pierwszą osobą,
którą zobaczą jej zaspane, zagubione, oliwkowe oczy.
*
Minęły
kolejne dni, a serce Piotra napełniało się coraz większą ilością obaw,
codzienność straciła dla niego niepowtarzalny smak, od prawie dwóch tygodni
uśmiech nie gościł na jego twarzy. Każdego dnia siadał na skraju łóżka śpiącej,
opowiadając o wydarzeniach dnia ubiegłego, czytał na głos ulubioną książkę
szatynki – „Paryż płonie”, a także skrzętnie sporządzone za marginesach notatki
i przemyślenia, opowiadał jej o swoich niepokojach, ale nigdy nie okazywał
zwątpienia. Była to jedyna namiastka zadowolenia i uspokojenia w jej
towarzystwie, na jaką mógł liczyć Brakowało mu jej śpiewnego głosu,
rozpromienionego spojrzenia, pełnego iskierek radości, chłodnych dłoni,
zaczerwienionych kolan, nocnych rozmów i snucia w nieskończoność opowieści,
delikatnego uścisku papierowych rąk, pocałunków malinowych ust. Czasem tracił
wiarę, że uda im się wykaraskać z tego pasywnego stanu. Porzucał na chwilę nadzieję
i wpadał w głęboką, nostalgiczną melancholię, rozważając wszelkie możliwości. Śmierć?
Tłumaczył sobie wtedy, że wielkie historie nie kończą się dramatycznie jeszcze
przed rozwinięciem akcji. Jednakże z najokrutniejszych i najpiękniejszych prawd
tego wszystkiego, co trzeba wytrzymać i co zwie się życiem, poznał prawdę, że
nigdy nie przestaje się myśleć i tęsknić, pragnąć i łudzić się nadzieją.*
Bałeś
się, że stracisz ją na zawsze?
Z przywiązaniem rodzi się poczucie
trwałości, stabilizacji. Gdy coś gwałtownie się zmienia, masz wrażenie, że w
rzeczywistości wszystko się może zdarzyć, nawet najgorsze. Bardzo się bałem.
Czy
słusznie?
To miało dopiero nastąpić, powoli
nadwątlać naszą trwałość.
*
Wystarczy
zrobić najmniejszy krok, by rozpocząć podróż, bezkresną wędrówkę. Wystarczy
jedna myśl, która pociągnie za sobą wodospad innych, rozmaicie ze sobą
połączonych, uzupełniających się. Wystarczy choć odrobina nadziei, by serce
zaczynało mocniej bić, by na nowo zaistniało w klatce piersiowej. Duchowa
nieobecność Ani przedłużała się, modlitwy wyczerpywały, niepokój nie hamował
już oddechu, strach stale splątywał spostrzeżenia, a złudzenie otuchy, mimo
wszystko, zagościło w jego umyśle. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do
wszystkiego, do sytuacji przejściowej również.
– Kochanie, mówię do ciebie tak cicho, jak ty
mówisz do mnie – wyszeptał do ucha ukochanej, całując oddechem skórę jej bladego
policzka. – Już wystarczy, już wystarczająco długo, obudź się, proszę.
I
dalej nic, ciągle musiałeś czekać…
Wszystko jedno czy ma się przed sobą sto lat, rok czy
tydzień, zawsze ma się przed sobą wszystko.*Ona jest całym moim szczęściem,
całym światem, warto było czekać.
Z
czasem szare ściany i specyficzny, szpitalny zapach zaczęły go przytłaczać.
Nieobecność ukochanej łamała mu serce, mimo że miał świadomość, że ona nie ma
wpływu na porę swojego powrotu. Stąpał niecierpliwie wzdłuż korytarza, parząc
sobie palce słabą, ledwie zabarwioną, szpitalną herbatą. Niemal bezsenne noce
zabrały mu większość sił. Czas nie był już sprzymierzeńcem, obecnie działał
jedynie na niekorzyść, wyszarpując ich cenne minuty przyszłości. Sekundy,
godziny, tygodnie zlewały się w jeden bezkresny ciąg. Tak więc
czas upada. Nie traktował go już jako archetypu, struktury, którą można
podzielić na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, nie traktował go jako
wieczystego trwania. Wydawało mu się, że jest teraz i siedzi obok niego i
dręczy i podpowiada, że właściwie czasu nie ma. Cierpiąc pozostajemy
zupełnie sami. Wokół nas znajduje się wiele osób, które są gotowe, by pocieszyć,
podsunąć rady, jednak żadna z nich nie podzieli z nami naszego bólu. Wieczorem,
w wypełnionych przenikliwą ciemnością pokojach, pozostajemy zupełnie sami, bez
wymyślnych rozwiązań, bez drogi na skróty.
Dopiero późną
nocą, przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce, umieramy z
miłości.*
Każda
myśl mimowolnie uciekała do jej maleńkiej osoby. Zastanawiał się, o czym śni,
jak cudowne muszą być projekcje jej teatru umysłu na najwyższym piętrze
abstrakcji*– te wyimaginowane światy, malownicze krajobrazy, charakterne
postaci. Miała niesamowitą wyobraźnię, otwierającą furtki do wszelkich
fantazji. Chciał być tam z nią, obserwować wszystko od środka. Już wszystko
zaplanował – odnalazłby ją po śladach na śniegu, które z pewnością jeszcze są
świeże i nieprzysypane nową warstwą, po słodkim zapachu perfum, którymi każdego
ranka skrapiała dekolt oraz nadgarstki; pocałowałby jej spierzchnięte usta; ująłby
kruchą dłoń, wyprowadzając ją z tej bajki, jawiącej się teraz niczym najgorszy
koszmar senny.
Niektórzy
twierdzą, że milczenie zbliża ludzi bardziej niż najdłuższa rozmowa, jest
bardziej wymowne niż setki słów puszczanych w świat z wiatrem. Piotr był już
ciszą przerażony, coraz częściej i bardziej; bał się ciszy, której nie był w
stanie zrozumieć, tej zupełnie innej niż jego własna, budującej dookoła mury,
których z czasem nikt nie będzie w stanie sforsować. Zbyt wiele czasu poświęcił
na rozmyślanie – o życiu, śmierci, słabości, chorobie, która niepostrzeżenie
zakrada się do bram codzienności, zmieniając ją, niszcząc. Obawiał się
milczenia, ciszy, która dzieli serca, niszczy więzi. Czasem w tej ciszy po prostu zbyt wiele słychać.
O
czym milczysz, Aniu?
Przecież jest tyle do wykrzyczenia.
*
Pierwsze
promienie słońca rozpaczliwie próbowały znaleźć drogę ku oknom, niezbyt
przyjaźnie wyglądającego, budynku. Szczelnie zasłonięte rolety stawiały na ich,
już i tak trudnym, odcinku wędrówki kolejną przeszkodę. Jednak nikt nie
przejmował się ich losem – miał własne problemy, trudności z którymi musiał się
sam uporać. Poza tym, komu przyszłoby na myśl przejmować się zwyczajnymi
promieniami światła? Nikt już nie pamiętał o takich rzeczach. Nawet najwięksi
marzyciele dawno temu zapomnieli o promieniach. To właśnie tego słonecznego
poranka drobna szatynka delikatnie, bezszelestnie otworzyła swoje, długo
zmożone snem, oczy. Była oszołomiona, zagubiona, nieświadoma.
Teraz już wszystko miało być dobrze…
Niestety,
to był dopiero początek, preludium powolnego odchodzenia.
*
Znalazł
ją siedzącą w bezruchu, otuloną jedynie zbyt dużym podkoszulkiem. Bose stopy
były bezwładnie ułożone na podłodze, a błękitna plątanina cieniutkich żyłek nad
wyraz wyraźna. Splątane kosmyki okalały jej twarz, spływając na wystające
obojczyki. Zbyt wystawały. Łzy zaznaczyły trasę swojej wędrówki na papierowo
bladych policzkach. Zielone, pozbawione blasku i płomiennej radości, tęczówki
zastygły w niemym otępieniu. Była gdzieś daleko. Bała się. I on się bał. Nie wiedział, co mogło być przyczyną tej
stagnacji. Nie wiedział, że od przebudzenia toczyła permanentną bitwę o siebie
samą, o niego, o nikłe, ulatujące pozory normalności, o ich wspólną przeszłość.
Podniósł ją, sadzając w miękkim posłaniu.
Chaos
odebrał jej racjonalne spojrzenie na świat. Schowała się na dnie swojego
jestestwa niczym słabe, zalęknione, spłoszone zwierzątko. Nie chciała
wyjaśniać, nie chciała na nowo przeżywać ostatniej podmiejskiej podróży.
Wodziła wzrokiem za czytającym na głos mężem, nie słysząc słów, lecz odczuwając
jego euforię. Są takie spojrzenia, które swoją intensywnością poruszają serca,
to było jednym z nich.
– Piotruś? – mruknęła, tuląc w ustach
jego imię i poprawiając się na łóżku. – Ile dni mnie nie było?
– Dwadzieścia sześć, lekarze mówili, że
możesz się nigdy nie obudzić – odpowiedział, przytulając mocno do siebie Anię.
Barwa jego niskiego głosu zmieszała się z brązowymi niteczkami włosów,
dosięgając swą wibracją skóry karku. Znów poczuł jej ciepło, uścisk małych
piąstek na krańcach koszulki, przyciągających go jeszcze bliżej. Cicho
westchnęła, czując przenikliwy ból w klatce piersiowej.
– Już wszystko, co najgorsze za nami,
prawda?
– Minęło, obiecuję.
Obiecałem, a ona ślepo uwierzyła…
Tulił
ją w swoich ramionach, obsypując pocałunkami jej twarz. Była malutka,
bezbronna, tak krucha. Pragnął ją ochronić, ukryć w sobie. Wydawało mu się, że
słyszy ciche szlochanie, czuł słoną wilgoć oceanu jej spojrzenia. Miarowo
gładził jej nagie, porcelanowe nogi, sprawiając, że jej obawy powoli
odchodziły, znikały za horyzontem jego czułości. Wreszcie zaczerpnęła głośno
powietrza, mrużąc oczy. Znalazła w nim nadzieję na zmianę, potwierdzenie,
którego niezmiernie mocno potrzebowała, że wkrótce opuści szpitalne mury,
znajdzie się w ich mieszkaniu, przepełnionym wszędzie śladami miłości.
Obejmij mnie tak mocno, kochanie, że
poczujesz łomot łamanych żeber.*
Tej
nocy nie zostałem wyproszony, nie musiałem wracać do pustki i samotności.
Trzymałem w objęciach miłość mojego życia i wiedziałem, że razem jesteśmy
niezniszczalni, możemy osiągnąć wszystko. Pierwszy raz od prawie miesiąca
zasnąłem uspokojony, czując, jak jej drobne palce obrysowują kształt moich ust,
błądząc po twarzy.
{*tytuł:
Halina Poświatowska; *Krzysztof Kamil Baczyński; *Marek Hłasko; *Jerzy Plich; *Małgorzata Hillar; *soup.io}
O, rozdział :) Jutro przeczytam :D
OdpowiedzUsuńMelancholijnie. Wzruszająco. Piszesz jednak w taki sposób, że to co zdaje się nudne i żmudne, jeśli chodzi o opowiadania, powieści - no, zależy jeszcze dla kogo, ja tam jestem fanką akcji mimo wszystko, nagle nabiera większego znaczenia. Jak przekonałaś mnie do melancholii, to dokonałaś rzeczy wielkiej. I stwierdziłaś rzecz prawdziwą, której nikt nie chce przyznać, albo się boi. Cierpimy w samotności, bo ludzie nie odczują tego co my.
UsuńMiło mi, że udało mi się choć odrobinkę przekonać Cię co do melancholii. To zdecydowanie kreacja, w której najlepiej się odnajduję.
UsuńUwielbiam spokój, jaki kryje się w Twoich opowiadaniach, wszystko jest tak cudownie rozplanowane, przemyślane, a historia się po prostu toczy. Cieszę się, że mogę być cichym świadkiem ich życia, podglądając ich między wersami.
OdpowiedzUsuńDziękuję za Twoją obecność tutaj. Jesteś jasnym światełkiem w blogowym świecie. / P.
Jestem w pewnym stopniu perfekcjonistką, wszystko skrzętnie notuję, planuję, jednak to opowiadanie powstało spontanicznie, dopiero później wszystko ułożyło mi się w całość, która nie jest pozbawiona logiki i jakiejkolwiek fabuły.
UsuńDziękuję za bardzo miłe i pochlebne słowa.
jak sama zauważyłaś, nie ma to niczego wspólnego z poprzednimi publikacjami, ale jestem ciekawa, czy to nie jest po postu jakaś retrospekcja. (;
OdpowiedzUsuńpostać Piotra (jak oficjalnie, ugh), jest taka romantyczna. widać, że kocha Anie ponad życie i jest jego prawdziwą miłością. to naprawdę piękne... każdy chciałby mieć takiego faceta, niczym książę z bajki.
współczuję Ani tego wypadku, była zbyt długo w śpiączce. czuję, że wynikną z tego jakieś niefajne komplikacje. albo już są... szkoda mi jej. pewnie będą musieć zmierzyć się z najgorszym albo nie.
lubię sobie poczytać o takiej melancholii. jest piękna, delikatna i subtelna. jakoś zawsze lubowałam się w takich tworach, chociaż dobrą komedią nie pogardzę, no ale musi być dobra. ^^
zastanawia mnie to, co ich spotka później, mam wrażenie, że będzie źle. może nawet bardzo. smutne to i tragiczne zarazem, no ale, to Twoje opowiadanie i Ty tu rządzisz (;
pozdrawiam,
Nie jest to retrospekcja, wszystko dzieje się po sobie, chronologia nie jest niczym zaburzona. Ja uwielbiam taki delikat, melancholię, swojego rodzaju nostalgię, taka się też w środku czuję, takie emocje, nastroje tutaj przelewam.
UsuńKiedy napisałaś, że pewnej nocy narodził się w Twojej głowie nieco inny koncept na to opowiadanie niż ten początkowy, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Tak po prawdzie myślałam, że będzie to nieco bardziej nietypowe – w tym sensie, iż sądziłam, że całkowicie zmienisz formę tego opowiadania, przeskoczysz nagle do przodu tak, że nikt nie będzie w stanie rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. W chwili obecnej – będąc z Tobą całkowicie szczera – jestem zdumiona faktem, że zmieniło się tak niewiele. Bo dla mnie po prostu rozbudowałaś poszczególne fragmenty, wprowadziłaś trochę więcej urywków wywiadu i cytatów. I choć tych zmian jest tak naprawdę niewiele (przynajmniej teraz, na pierwszy rzut oka), to opowiadanie nabrało nieco innego klimatu – dla mnie o wiele ciekawszego. Już po pierwszym zapoznaniu się z tekstem miałam poczucie, że czytam coś naprawdę dobrego. Niby nie dzieje się nic, niby oscylujesz ciągle wokół jednego tematu, a mimo to każde słowo chłonie się w niesamowitym skupieniu, z niecierpliwością i coraz większą chęcią zbliżenia się do bohaterów jeszcze o krok, tak ociupinkę.
OdpowiedzUsuńTak po prawdzie, czytając ten rozdział, czułam się trochę jak nieproszony gość , swego rodzaju intruz – to wszystko było tak intymne, tak dotkliwie prawdziwe. Pewnie pomyślisz, że przesadzam, bo pisałaś o cierpieniu, samotności, smutku, tęsknocie i niepewności – czyli o tym, co wszyscy albo zdecydowana większość – aczkolwiek ja miałam wrażenie, że nie powinnam oglądać Ich (a przede wszystkim Jego) w takim stanie; kiedy są tak niesamowicie bezbronni, prawie nadzy, bez masek, sam na sam ze swoim lękami i demonami. Wzruszyłaś mnie Ty, a przede wszystkim wzruszył mnie On. Jego strach o Nią. To piękne, te kilkadziesiąt zdań mówiących o sile Jego uczucia i kilka scen, tak wiernie oddających to, co zaległo między wersami.
Nie będę się rozdrabniać i wypisywać każdego detalu, który już w pierwszej sekundzie chwycił mnie za serce, bo jest ich stanowczo zbyt wiele; powiem po prostu, że jak przedtem miałam mały niedosyt Twoich pisarskich umiejętności, tak teraz jestem w pełni zadowolona, wręcz szczęśliwa, że dane mi było rozkoszować i wgłębiać się w coś tak dobrego. Może to głupio zabrzmi, ale widać w tym opowiadaniu mądrość – zauważyłam to wcześniej, widzę to również teraz. Podoba mi się, że niby mimochodem, ot tak, wplatasz refleksje na temat życia, nadziei czy przemijających wartości – nasuwa mi się tylko, że to bardzo do Ciebie podobne, choć nie potrafię nawet wyjaśnić, skąd ten osąd.
Powiem szczerze, M, boję się tego, co jesteś w stanie wymyślić. Wiem, że nie będzie happy endu, to wiem na pewno. Przeraziło mnie to zdanie, swoją drogą – cudowne w swojej prostocie: „Niestety, to był dopiero początek, preludium powolnego odchodzenia”. Gdy przeczytałam je po raz pierwszy, w głowie pojawiła się myśl: „amnezja, na bank”. Niestety (choć może stety?), szykujesz dla Niej, dla Nich coś innego. Na chwilę obecną nie chcę myśleć, co.
Jest pięknie, niech pozostanie tak do końca.
Jestem bardzo ciekawa, jakiej zmiany się spodziewałaś. Cuda na kiju nie są moją domeną, a raczej spontaniczność i umiejętność wszelakiego zaskakiwania u mnie kuleje. Forma inna, bo struktura nie jest rwana, nie ma przeskoków w czasie, wszystko dzieje się zaraz po sobie, spokojniej.
UsuńA co do gdybania, to masz niejako rację. Nie wyobrażam tutaj sobie szczęśliwego zakończenia, nie przepadam za nimi w opowiadaniach, za to w życiu są zawsze mile widziane, o!
Magiczne, wyjątkowe, melancholijne, cudowne, delikatne, wzruszające, doskonałe, smaczne... Mogłabym mnożyć przymiotniki, które pasują genialnie do Twojego opowiadania. Poruszyłaś moje serce tak lekko, a jednocześnie boleśnie. Powróciły do mnie różnorakie wspomnienia. Tak perfekcyjnie trafiłaś w moją duszę każdym słowem. Jesteś mistrzynią w opisywaniu tego, co ukryte w uczuciach i emocjach. Kocham i uwielbiam! Czytanie takich historii to coś, co jest straszliwym ciosem dla mnie, ale lubię go sobie zadawać za każdym razem coraz mocniej. Wczułam się w sytuację Piotra, w jego dni, noce, pustkę, samotność, a przede wszystkim w jego miłość... Piękne... Nie mam słów, by opisać to, co ze mną zrobiłaś w tym momencie... Dziękuję...
OdpowiedzUsuńKłaniam się nisko. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.
UsuńTo dziwne, że nowa notka nie pojawiła się na liście czytelniczej na Blogerze, ani nie zaktualizowała się w linkach na blogu. Rozdział widmo. Mam nadzieję, że następnym razem się pojawi, bo mogłabym coś przeoczyć.
OdpowiedzUsuńPiszesz, że rozdział może wydawać się oderwany, chociaż jak dla mnie był bardziej spójny, niż poprzedni i prolog. Może dlatego oderwany, bo tak różny? Tutaj jest jakiś ciąg, który można swobodnie odczytać, uczucia towarzyszą jakimś konkretnym wydarzeniom, wiemy dlaczego Piotr cierpi, wcześniej było to takie oderwane od rzeczywistości, niby coś się dzieje, ale zupełnie nie potrafiłam odnaleźć punktu odniesienia. Także cieszę się, że uchyliłaś trochę rąbka tajemnicy.
Pozdrawiam!
Co do rozdziału widmo, jak to nazwałaś, to nie mam zielonego pojęcia, czym jest to spowodowane. Blogspot widocznie, idąc za przykładem innych tego typu miejsc, zaczął płatać figle...
UsuńCudownie, że wróciłaś! Cudownie, że znowu piszesz.
OdpowiedzUsuńNie sądziłam, że ktoś, prócz mojego bliskiego blogowego otoczenia, że tak się wyrażę, pamięta mnie z tamtych, odległych czasów. To bardzo miłe, dziękuję za obecność.
UsuńBywasz tu jeszcze czasem?
OdpowiedzUsuńBywam i rozmyślam nad nimi, nad ich historią, nad kolejnymi lotnymi słowami...
Usuń